Stumilak - 180km i ponad 9700 przewyzszeń !!!

Cześć,

Trochę spóźniona relacja ale musiałem dojść do siebie i zebrać myśli po tym co się wydarzyło 1 czerwca.
Decyzje o przebiegnięciu Stumilaka podjąłem jeszcze we wrześniu 2017. Same liczby wskazywały, że będzie ciężko, świadomość, że trasę wymyślił Michał też zapowiadała odpowiedni ciężar warunkowy ale nie potrafiłem sobie wyobrazić, że aż taki.

Weekend zapowiadał się upalnie z dość nieprzewidywalną pogodą.

Na 15 minut przed sprawdzeniem sprzętu przez Szczyrk przetoczyła się piękna, młoda i pełna wigoru burza – co nie przeszkadzało zupełnie w tym aby słoneczko pięknie świeciło.
Sprzęt zweryfikowany, czas na ostatnia godzinę lenistwa. I w pełni wykorzystuje tą godzinę za robienie zupełnie niczego ale za to 2 razy zrobiłem nic.

Ostatnie rozmowy z Rodzina i Przyjaciółmi.
Ostatnie sprawdzenie sprzętu i idę na odprawę.

Na odprawie spotykam starych druhów z BUT – trochę śmiechów, opowieści i czas na występ Michała.
Kto nie przeżył z nim odprawy nie uwierzy ile tam ważnych informacji stanowiących o życiu i bezpieczeństwie biegaczy zostaje ubranych w śmiech i zabawę.
Ale faktycznie nie ma żartów to bieg jakich mało w Polsce.

START
Biegnę obok Kamila – szybko i wiem, że za szybko na pewno ale Kamil biegnie walczyć o pudło a ja sobie obok tupie.
Od słowa do słowa i pot zaczyna lać się ze mnie a i coraz ciężej oddycham – ale to nic podbieg jest zacny a temp wysoka bardzo.
Wpadamy na Krowiarki stanowczo za szybko 1h i 31minut. Patrzę na zegarek i niedowierzam. Uzupełniam izo i czas dalej w drogę na Babia Górę.
Tym razem wolniej i z rozwagą. Bardziej samotnie ale bardziej na wesoło. Czas i odległość w pełni kontrolowana. Docelowy czas 40h na mecie.
Diablak okazuję nam łaskawość i pogoda jest wymarzona – słoneczko i jego zachód, zero deszczu i burz na horyzoncie.
Ciepło wysysa z nas resztki wody a odległość do następnego punktu każe się zastanowić nad tym co pozostało w bukłaku - chlupie oznajmiając ze nieprzyjemnie mało tego izo w środku.
Przełęcz Glinne 38km wita mnie już w nocą ale wyczekiwałem jej niczym wygranej w lotka.
Załadowany wyruszam – to pierwsza noc i bardzo szybko mija – bez problemów, upadków – księżyc niesamowicie świeci. Czas szacunkowy na mecie 38-40h. Znów za szybko się przemieszczam ale nogi niosą.
Przełęczy Glinka na 58km w sumie to nie pamiętam więc musiało być szybko i bezproblemowo. To nadal początek biegu i nic nie zostało przesądzone.
Teraz przede mną długi odcinek, a w sumie 2 co jednak łącze go w jeden – do Zwardonia do 102km i wtedy dopiero rozpocznie się bieg.
No to lecę przede mną Oszust i Wielka Rycerzowa – kto tamtędy nie biegł to ich nie doceni – niby 1155 i 1226 metrów wysokości ale nazwy nie wzięły się z przypadku.

Przed Oszustem spotykam Chloe. Siedzi sobie na słupku i odpoczywa. Cos tam twierdzi, że nie ma siły ale po 2 zdaniach pobiegła dalej ze mną i tak sobie truchtaliśmy.
Oglądam się po 2km ale jej już nie ma i nie wiem w ogóle czy przodem pobiegła czy została z tyłu ale jak się okaże nasze drogi będą się przeplatać.
Mijam Wielką Rycerzową miejsce w którym w zeszłym roku skumulowało się wiele dobrych i złych rzeczy. Dla niej we wrześniu przyjedzie czas powtórki i walki.
Czas nadal dobry i po 40h powinienem być na mecie. Aż za łatwo to idzie i dlatego postanawiam się przewrócić. Zwykła klasyka – chwila zamyślenia i po 20 sekundach wyrywa mnie z niego szybko przybliżająca się ziemia. HybyDysz i melduje – ziemia jest twarda ale nie mokra.
Schronisko Przegibek – uzupełnić picie, zjeść cos i w drogę, powolne grzmoty w oddali sugerują ze może być ciekawie.
Teraz 22km do Zwardonia – coraz głośniej daje znać o sobie burza a ja z każdym krokiem troszkę wyżej w górach. Ruszył się wiatr i rozpoczął taniec pogody.
Dość szybko stało się naprawdę głośno i mokro. Słońce zostało wyparte przez chmury, zrobiło się ciemno na całe szczęście pioruny walą często i blisko – nie trzeba zakładać czołówki.
Składam kijki zawsze to mniej metalu i węgla w rękach, chowam telefon głębiej aby nie ściągał nic i biegnę tak sobie z duszą na ramieniu.
2h później w pięknym słońcu rozkładam sprzęt i zaczynam schnąć – jakby była mi pisana śmierć od pioruna to by się wydarzyła tutaj, nic to nadal czekam na swoje przeznaczenie.
Dzwoni Team Techniczny Biegu i mówi ze GPS pada – żadna to dobra wiadomość – Wy tracicie moją widoczność ale co ważniejsze oni tracą info gdzie jestem a to cholernie ważne ze względów bezpieczeństwa.
Teraz zaczynam rozglądać się za kimś z kim mógłbym biec ale grupa jest już bardzo rozciągnięta – dzień jeszcze długi ktoś się znajdzie.
Na Wielkiej Raczy po raz pierwszy tracę orientacje na biegu – na szczycie 6 ścieżek w różnych kierunkach – na moje pytanie przypadkowego Turysty – czy widział chorągiewki z uśmiechem powiedział „folie były ale jakaś pani przyszła i sprzątnęła” drążąc temat dopytuje „ a w która stronę biegną biegacze?” i jakby mnie łopata w mordę strzeliła odpowiedź pada „a to różnie proszę pana”
Źle pobiegłem ale na tyle dobrze że po 200 metrach wróciłem na trasę. Teraz już tylko w dół do Zwardonia bez przygód, spokojnie w założonym czasie wpadam na 102km.
To już dużo w nogach ale tutaj dopiero zaczyna się bieg.

Wiedziałem, ze jestem szczęśliwcem dlatego rosół dostaje pod postacią makaronu z warzywami.
Picie zatankowane, kawa wypita, daab specjalnie dla Tosi zrobiony i czas w drogę… a tu na ruszt wpada kiełbaska… z językiem u pasa pobiegłem…

Już czuje nogi i bardzo dobrze byłoby to niezdrowe nie czuć już zmęczenia a druga noc się zbliża nieubłaganie.
Krótki odcinek do schroniska Przysłop – 16km ale w górę zasadniczo cały czas, tempo zwalnia ale to zrozumiałe czekam nocy i bardziej niskich temperatur. Nie ma załamki czas ukończenia zaczyna się przeciągać na 41h.
Po raz drugi gubię się na biegu i to na prostej asfaltowej drodze… ze złej trasy ściąga mnie jakiś przypadkowy, zagraniczny i niezapomniany biegacz, którego imienia nie pamiętam.
3h tupania i jest schronisko. Ale to jest SCHRONISKO – to co tutaj się działo – najlepszy punkt biegu niczego nie zabrakło – wszystko czym dysponowało schronisko było do naszej dyspozycji. Nawet emocje były dodatkowe. Nalewając zupy patrzę kątem oka jak Dawid pochyla się nad stołem i coś tam przysypia – no właśnie nie przysypiał tylko w sposób zaplanowany i pełni kontrolowany stracił przytomność. Dużo nerwów, strachu ale sytuacja szybko zostaje opanowana a on nabiera kolorów. Ze schroniska decydujemy się wybiec razem – żaden z nas nie zamierza biec na rekord, celem jest ukończenie w limicie. I tak powoli sobie biegniemy w noc, zmęczenie jest coraz większe i wszechogarniające ale humory dopisują i pogoda też. Noc nie jest taka pogodna jak poprzednia ale nie ma powodów do narzekań.
Punktu odnowy Ostre nie możemy się już doczekać i kawy na nim i coli i jedzonka. I dopadamy do punktu ale na punkcie brak coli, brak kawy, rosół jest zimny tylko, z naleśników został tylko ser ale za to odnalazła się Chloe i wspaniały Team Techniczny, który może nas nie nakarmił, nie napoił ale naładował energią i to jaką. Pobiegliśmy.

Teraz zdobyć Skrzyczne i w sumie później 3 góry i koniec 44km do celu i kilkanaście godzin. Niby forma stabilna i czas odpowiedni ale odcinek Skrzyczne Salmopol naszej trojce zajmuje niepoliczalną ilość godzin.
Mam wrażenie że spaliśmy biegnąc, co rusz tylko wyrywaliśmy się ze snu pytaniem o wschód słońca, takowy nie był dany nam.
O 4:30 zamiast słońca na prze widnieniu zobaczyliśmy strugi deszczu - 5 minut później temperatura spadła o 10 stopni i uderzyła w nas ściana wody.
Przestaliśmy się martwić snem zaczęliśmy się zastanawiać jak tu nie spłynąć szlakiem. Tempo spadło zawrotnie teraz zaczynamy już myśleć o limicie i robię co tylko mogę aby wykrzesać siły.
Wpadamy na Salmopol – tutaj Adam i Chloe zabawiają 5 minut dłużej a ja stwierdzam, że w tym tempie to nie osiągniemy celu.
Zaczynam biec przodem i zarzynać nogi – teraz już tylko 32km do mety ale nie ma co liczyć na cud i nerwowe kalkulacje przed metą.
Kilka następnych kilometrów prowadzę naszą trojkę – tempo pozwala wierzyć w końcowy sukces.
160km trasy i nadchodzi kryzys, Chloe znika na horyzoncie, Dawid się ogląda na mnie ale ja zwalniam i nie odnajduje w sobie siły na dalej.
Dawid się ogląda i staje i czeka ale nie wyrwie mnie z tego jak sam się nie odnajdę w rzeczywistości.
Jakoś docieramy do PKL Szyndzielni Dawid mówi coś o kolejce, a ja nie mogę obczaić skąd on wymyślił drewnianą kolejkę dla dzieci w tym miejscu.
Nie mogę tego pojąć póki oczom nie ukazuje się normlana wielka PKL. Nie zauważam momentu kiedy zmęczenie przeradza się w całkowite wyczerpanie. Zmęczenie jest tak ogromne, że zimno zaczyna trząść mną. Staje i staram się założyć spodnie – jak nie teraz to już nigdy. Padnę tu. Dawid Cierpliwie czeka. 15minut później spodnie założone i zaczynam się ruszać widać nadzieje na metę. Chyba najgorsze już za mną.
Teraz tylko długi bieg na ostatni punkt a potem 8km i upragniona meta ale deszcze, deszcz wypłukuje ciepło i chłosta niemiłosiernie.
Zaczynamy zdobywać Magurę. To wielkie słowa – ja brnę krok za krokiem ale Dawid mnie ciągnie za sobą, zagaduje, motywuje robi co może abym przebierał nogami. Powoli się przejaśnia.
Teraz już wiemy, że jest blisko 2km i już meta każdy krok, przejście udowadnia, że nie byle jaki umysł nakreślił Stumilaka. Przejścia, podejścia, zejścia i wejścia – nic lekko. Ale to tylko 2km już idziemy i się uśmiechamy już tylko rozmowy. Szczyrk widzimy i słyszymy. Kiedy wchodzimy w miasto słońce świeci już w pełni. Na 200metrów przed metą poprawiamy sprzęt co by się ładnie zaprezentować na mecie i wdreptujemy na nią.
Radości i uśmiechom nie ma końca – zrobiliśmy to.

META a na niej Michał sam Directore.

To było coś najcięższego z czym zdarzyło mi się mierzyć na szlakach. To nie jest bieg dla każdego. Nie jestem pewien czy go powtórzę. 45 godzin walki ze sobą, górami i pogodą.

A co do Chudego Dawida dzięki, któremu ukończyłem ten bieg ? – Wiedzcie, że to dopiero początek ultra przyjaźni pod szyldem – Gruby i Chudy na Szlaku !